Aby życie było przyjemnym, musi być intensywnym, a tego nie brakło nigdy.
Adam Stadnicki (1882-1982)

Adam hr. Stadnicki, Wspomnienia, Wydawcy: Prezydent Miasta Nowego Sącza, Polskie Towarzystwo Historyczne Oddział Nowy Sącz, Nowy Sącz 2015

Do wydanego w 2015 r. t. 43 Rocznika Sądeckiego dołączone są Wspomnienia Adama hr. Stadnickiego wydane w wyborze i opracowaniu prof. Józefa Długosza w ramach Biblioteki Rocznika Sądeckiego. Propozycja wydania z rękopisu znajdującego się w Bibliotece Ossolineum we Wrocławiu Wspomnień znanego nie tylko na Sądecczyźnie ziemianina, leśnika, działacza społecznego i politycznego wyszła od Muzeum Okręgowego w Nowym Sączu. Słowo wstępne napisał prof. Józef Długosz, a słowo od Redakcji Rocznika Sądeckiego napisał jej sekretarz Leszek Migrała.
Tekst Wspomnień Adam Stadnicki napisał w Osoli w 1955 r., mając 73 lata. Celem tej pracy była chęć przekazania wnukom i prawnukom swoich dokonań, przeżyć oraz ocalenie pamięci o ludziach i miejscach, które znał. Jest to również wspomnienie czasów, które pokolenie Stadnickiego uważało za niezmienne, a ich radykalna przemiana po II wojnie światowej była dla niego czymś nieoczekiwanym.

Wspomnienia Stadnickiego oscylują wokół tematyki: politycznej, społeczno-gospodarczej, majątkowej i osobistej (rodzinnej). Osobę hrabiego Stadnickiego widać wielowymiarowo, jako: polityka, obywatela, społecznika, ziemianina, głowę rodziny. Jego życie było niezmiernie aktywne, bogate w różne wydarzenia i nacechowane wielką intensywnością, którą niezmiernie lubił. Dawało mu to poczucie zadowolenia i spełnienia. Między wspomnieniami przewijają się opinie Stadnickiego o polityce państwa, uwarunkowaniach ograniczających zarządzanie majątkiem, polityce rolnej państwa, o prowadzeniu gospodarki leśnej, życiowych inwestycjach, są tu refleksje o życiu, o spotkanych osobach z różnych sfer społecznych (m.in. krewnych, znajomych, kolegach, politykach, księżach, Łemkach, Żydach, chłopach, leśnikach), o dwóch wojnach światowych.

Poniższy artykuł przedstawia wybrane zagadnienia poruszane przez Stadnickiego we Wspomnieniach ze szczególnym podkreśleniem tych, które mają związek z Łabową. Opatrzenie go obszernymi cytatami zrobione było z myślą o tych, którzy mogą mieć trudności z dotarciem do tekstu Wspomnień.

Polityk
Zarząd nad odziedziczonym majątkiem nawojowskim Stadnicki objął w 1905 r. Po śmierci babki Ludgardy Stadnickiej w 1911 r. odziedziczył również majątek na Morawach. W 1908 r. został wybrany do Rady Powiatowej w Nowym Targu, a w 1910 do Rady Powiatowej w Nowym Sączu, reprezentując większą własność ziemską. W 1928 r. został posłem na sejm z Katolickiej Unii Ziem Zachodnich, m.in. dzięki poparciu chłopów. W sejmie należał do klubu BBWR W kolejnych wyborach do sejmu nie zdobył mandatu z powodu krytyki ludowców opublikowanej w gazecie Piast. Nie należał do żadnej partii politycznej, a jego sympatie polityczne zbliżone były do Podolaków (ziemiańskie ugrupowanie w Galicji Wschodniej) czy endeków. Krytycznie odnosił się do polityki sanacyjnej. O Piłsudskim nie wyrażał się entuzjastycznie, a po zamachu majowym Marszałek, w jego opinii, nie miał gotowego planu działania ani projektu nowej konstytucji. W następnych latach hrabiemu nie udało się wrócić do działalności politycznej. Nie cierpiał partyjniactwa. „Pilne próżnowanie w sejmie”, branie niesłusznie przynależnych diet poselskich, bycie pionkiem w politycznej grze, zaniedbywanie własnego majątku – to wszystko zniechęciło go do uprawiania polityki. Uważał, że wszystkie stany i klasy społeczne powinny jednakowo pracować dla Polski. Powtarzał na zebraniach i wiecach, że jako Polak uznaje tylko jedna partię: Polskę, a wszystkie podziały partyjne ją osłabiają.

Wszystko, co nas dzieli, osłabia, a przez to, gubi nas. Jesteśmy ze wszystkich stron otoczeni wrogami, którzy dybią na całość naszej ojczyzny, jeżeli chcemy ja ochronić przed losem, jaki już ja raz spotkał (…), to powinniśmy szczupłe nasze siły złączyć, zaniechać zwad i nienawiści partyjnej, więcej pracować i więcej produkować, czyli wytwarzać, dóbr potrzebnych, wtedy dojdziemy do siły i sąsiedzi będą nas szanować.

Stadnicki reprezentował poglądy ziemiańskie, chciał pracować i rozwijać swoje gospodarstwo, dbać o ludzi, ale raziły go dysproporcje w poziomie życia obywateli i sam twierdzi, że był z tego powodu „usposobiony lewicowo”. Pracował w ugrupowaniach ziemiańskich, które w swoich założeniach były za wprowadzaniem postępu rolnego, podnoszeniem oświaty rolnej, uwolnieniem się od wyzysku żydowskiego (lichwa, handel paskarski), parcelacją gruntów poprzez wykup ziemi przez chłopów na warunkach ulgowych, a sprawiedliwym odszkodowaniem dla odstępującej swe posiadłości większej własności. Zrzeszeni ziemianie chcieli ochronić dobrze prosperujące majątki jako głównych producentów żywności (głównie zbóż).
Podczas I wojny światowej z przebywał z rodziną w majątku na Morawach, tak charakteryzując te czasy:

Nasz stały pobyt we Frainie (1914-1917) był przemiły, w poczuciu bezpieczeństwa, daleko od wszelkich frontów, wówczas naloty i bombardowania z powietrza były nieznane, w dobrobycie, w warunkach absolutnej praworządności i sprawiedliwości, jakie zapewniał ustrój monarchiczno-konstytucyjny starej monarchii austro-węgierskiej, nic, jak się zdawało, zagrozić nie mogło. (…) Otoczeni życzliwością ludności od wieków zżytej z naszą rodziną pędziliśmy tam wśród pięknych lasów we wspaniałym zamku szczęśliwe życie rodzinne. Przemiłe nasze córeczki przychodziły na świat bez żadnych komplikacji.

We Frainie odbywały się jesienne i zimowe polowania, przyjeżdżali i odjeżdżali gości, mieszkali krewni z okolic zagrożonych lub zajętych przez działania wojenne. Adam Stadnicki, unikając służby w armii, zapewnił sobie (po wpłaceniu odpowiedniej kwoty) miejsce służby w pociągach sanitarnych (wtedy zwanych maltańskimi). Był zastępcą komendanta jednego z pociągów maltańskich i pełnił służbę przez dwa lata (1915-1917), jeżdżąc po całej monarchii na wszystkie fronty:

Zamiast mordować współbraci, Polacy byli bowiem we wszystkich armiach, albo dostać samemu kulę, wolałem uczestniczyć w tej służbie przynoszącej bądź co bądź – zamiast śmierci, ulgę w cierpieniach setkom tysięcy ludzi. Tymi pociągami maltańskimi jeździłem przez dwa lata na wszystkie fronty, od Brodów, Maniewicz, Czerniowiec, po Mattarello, Trydent, Perginę, Nebresinę, jednym słowem po całej monarchii, wracając zawsze co parę tygodniu do Frainu, do rodzinki i krewnych.

Hrabia odwiedził Nawojową podczas I wojny światowej w październiku 1914 oraz marcu 1915, oddając się również polowaniu na dziki przy akompaniamencie dział ciężkich spod Gorlic, gdzie się wówczas front ustalił na kilka miesięcy. Za służbę w pociągu maltańskim otrzymał Order Franciszka Józefa z wojenną odznaką. Na żądanie namiestnika Galicji, generał-gubernatora hr. Hunya, został zwolniony ze służby wojskowej i objął prezesurę Rady Powiatowej w Nowym Sączu. Zwolniony bezterminowo ze służby w 1917 r. wrócił z rodziną do Nawojowej. Równocześnie objął administrowanie całego majątku. W 1918 r. zachorował na hiszpankę i tylko, jak twierdzi, cudem wyzdrowiał.  
Podczas II wojny światowej nie brał udziału w konspiracji. Po zajęciu Nowego Sącza przez Niemców nastał względny spokój. Hrabia żył w zgodzie z władzami wojskowymi. Nawojowa była schronieniem dla wracających z frontu żołnierzy, uciekających ze wschodu krewnych i znajomych. Hrabia pomagał ukrywać się przed Niemcami byłym legionistom, oficerom. W działalności konspiracyjnej na Sądecczyźnie, która zaczęła się w 1940 r. brały udział dzieci Adama Stadnickiego. Sam hrabia nie widział sensu w takiej walce:
(…) zaczęły się emocje konspiracyjne, czemu ja od początku do końca byłem przeciwny, sądząc, że jeśli koalicja zwycięży, Polska powstanie, jeżeli Niemcy, to nasza partyzantka sytuacji nie uratuje przed samowolą zwycięzcy całej Europy. Sadziłem, że trzeba siedzieć cicho i starać się zdrowie i siły zachować dla powojennej Polski. Nie wierzyłem z poprzednich doświadczeń, powstaniom (…).

Nierówna walka podziemna i sabotażowa z uzbrojonym wrogiem była w ocenie Stadnickiego beznadziejna, wręcz niepoczytalna. Uważał, że zamiast z gołymi rękami iść na czołgi i armaty, lepiej było zachować i kształcić młode siły dla przyszłych pokoleń. Krótko wspomina o walce konspiracyjnej swoich dzieci: Józefa, Stefanii, Anny (Danusi), zięcia Antoniego Mańkowskiego, Marii. Stadnicki i jego żona Stefania pracowali w Radzie Głównej Opiekuńczej. 

 Społecznik
Adam Stadnicki prowadził czynne życie społeczne. Był działaczem krajowych i lokalnych organizacji i stowarzyszeń, były to, m.in.: Składnica Kółek Rolniczych w Nowym Sączu, Krajowy Związek Uzdrowisk we Lwowie, potem Polski Związek Uzdrowisk w Warszawie, Związek Ziemian Krakowskiego (1919-1922), a potem Związek Ziemian do 1939, Rada Naczelna Organizacji Ziemiańskich, Towarzystwo Kredytowe Ziemskie we Lwowie, Związek Kółek Rolniczych w Krakowie, Towarzystwo Szkół Ludowych, Zrzeszenie Związków Właścicieli Lasów w Warszawie, Rada Związków Drzewnych w Warszawie, komisja porozumiewawcza państw produkujących papierówkę w Pradze czeskiej Fundacja Kórnicka w Kórniku, Fundacja Ossolineum we Lwowie, Komisja Uzdrowiskowa w Szczawnicy.
W związku z zarządzaniem dużym majątkiem rolnym i leśnym Adam Stadnicki prowadził wiele różnych spraw dotyczących społeczności żyjącej na jego terenie. Był nie tylko właścicielem, ale i pracodawcą. Mieszkańcy jego dóbr byli zróżnicowani pod względem narodowym, religijnym i społecznym.

Z wielką sympatią wypowiada się o Łemkach, którzy byli dość kulturalni, spokojni i pracowici, żyli w zupełnej zgodzie z Polakami. Nienawiść do Polaków szerzyli według hrabiego głównie rozmaici wichrzyciele nasyłani z różnych stron (Wiednia, Kijowa, Berlina). Rządowi „pomajowemu” wytyka błędy wobec ludności rusińskiej, które były przyczyną ich walki przeciwko Polsce i sprzymierzenia się z naszymi wrogami.
Bardzo lubił obrządek i śpiewy cerkiewne, z którymi zetknął się w Krasiczynie, gdzie spędził dzieciństwo. Wspomina przepiękne śpiewy cerkiewne na pogrzebach: ks. Józefa Mochnackiego z Łabowej, bpa Wasyla Maściucha w Nowej Wsi, dziadka Adama Sapiehy w Krasiczynie, marszałka Piłsudskiego w Krakowie.
Wówczas jeszcze tych różnic i nienawiści miedzy klerem rzymsko- a greckokatolickim oraz między Polakami a Rusinami jeszcze nie było. Zawsze na wszystkie święta czy uroczystości rodzinne w zamku krasiczyńskim byli obecni księża obydwu obrządków – a nierzadko na cześć dziadzi Adama Sapiehy śpiewali wspaniałą staroruską pieśń „Mnohaja lita”.

Hrabia był kolatorem cerkwi w swoich dobrach. W lasach Stadnickiego pracowali łemkowscy gajowi, wozacy, ścinacze. Byli chętni do pracy, nie wywoływali scysji.
Sporo uwagi w swoich wspomnieniach Adam Stadnicki poświęca sprawom oświaty i kultury. W tej dziedzinie wylicza swoje przedsięwzięcia: pomoc w budowie kościoła rzymskokatolickiego i plebani w Łabowej i budowę kościoła w Rytrze, przekazanie gruntów, materiałów budowlanych lub budynków na szkoły (Łabowa, Szczawnica, Homrzyska), ochronki (Nawojowa), dom parafialny (Barcice), na Czytelnie TSL (Łabowa), bacówki na Hali Łabowskiej.
 Kilkakrotnie wspomina ludzi ze swojej służby w Nawojowej czy we Frainie, widać, że dobrze znał ich życie i problemy. Podaje przykłady awansu społecznego osób z niższych warstw społecznych. Był dobrym obserwatorem, pamiętał wygląd strojów ludowych noszonych przez chłopów w swoich dobrach, ubiory Łemków znad Kamienicy Nawojowskiej, trzymał do chrztu dzieci leśników czy gajowych, był na ślubie Marysi Siedlarzanki, córki wójta z Frycowej na początku XX wieku.

O Żydach pisze zazwyczaj krytycznie, wytykając im lichwę, paserstwo, spekulacje, rabunkową eksploatację lasów, wywożenie gotówki za granicę, nieuczciwe transakcje handlowe (stosowanie tzw. hazuki – zmowy Żydów w transakcjach handlowych). Zastrzega, że nie był nigdy antysemitą. Uważa jednak, że uczciwi Żydzi byli wyjątkami. Wśród takich byli według niego: Jakub Frey z Łabowej, Haba Luksa z Frycowej, stary Engelhard z Nowego Sącza. Jego ocena zawarta jest w poniższym fragmencie Wspomnień:
Żydzi na ogół stanowili „państwo w państwie”. Ich asymilacja wobec różnicy rasy, języka, religii, moralności talmudystycznej i tradycji, nigdy rzeczywista i pełną być nie mogła, co przy ogromnej ich rozrodczości było problemem trudnym do rozwiązania. Oni separowali się sami od nas przez swoje haidery, strój i język. Oni sami skupiali się tzw. „gettach”, mieli swoje szkoły, nigdy między sobą nie mówili po polsku, lecz swoim żargonem „jidisch”, co samo świadczyło, że grawitują raczej do niemczyzny niż do Polski. Toteż każdy Żyd polski, gdy się dorobił, marzył tylko o przesiedleniu się do Wiednia czy Berlina, co im przeważnie nazwiska niemieckie ułatwiały. Znałem niejednego handlarza Żyda, dawniej manipulanta drzewnego lub małego handlarza, którego później w Wiedniu spotykałem jako wielkiego przemysłowca czy dyrektora jakiegoś koncernu rozpartego w fotelu klubowym z drogim cygarem, rozmawiającego ze mną jakby z łaski. Dla Żydów kierujących się inną moralnością, celem było zrobienie dobrego interesu, a oszukanie „goja” chrześcijanina cnotą, o ile go to do celu prowadziło. Żydzi, mając swoje placówki w każdej wsi, trudnili się poza oficjalnym zajęciem, lichwą, skupywaniem rzeczy kradzionych, a w miastach także stręczeniem dziewcząt do nierządu.

Wspomina niejakiego Zukermanna z Rożniatowa (majątek Lubomirskich), gdzie odbywał praktykę tartaczną. Ówże dorobiwszy się, kupił mieszkanie w Wiedniu na Freyungu, czyli w samym centrum Wiednia. Podobnie Pilzer, skromny pośrednik, potem właściciel fabryki mebli giętych w Wiedniu na Schwarzenbergerplatz. Prowadząc z nimi interesy, rozmawiał tylko po niemiecku i traktowany był jak drobny petent. Stadnicki twierdzi, że polscy Żydzi w Niemczech i Austrii skrzętnie ukrywali swoje polskie pochodzenie. Konkurencja z Żydami była trudna wobec ich sprytu i nieprzebierania w środkach, aż do krzywoprzysięstwa włącznie.  
Jego działalność społeczna miała m.in. na celu wyrwać włościan z zależności żydowskiej i uchronić od lichwy i wyzysku.  Adam Stadnicki wybudował na przełomie 1906/07 nowocześnie urządzony tartak parowy i stolarnię w Nawojowej z zamiarem przejęcia w swoje ręce przemysłu drzewnego i pozbycia się Żydów dzierżawiących do tej pory trzy tartaki wodne i nabywających za bezcen drzewo. W tartaku hrabia zatrudnił 60 pracowników z Nawojowej i okolic. Motywy tego postępowania są dokładnie wyłożone:
Zamiast sprzedawać drewno w stanie okrągłym Żydom za bezcen, przecieraliśmy kloce i przerabiali we własnym zarządzie, eksportując następnie tarcicę i galanterię drzewną, co dawało zarobek ludności, państwu przynosiło dewizy, a ja mogłem nadwyżki inwestować w Zakład Zdrojowy w Szczawnicy, nabywać enklawy, prowadzić racjonalną gospodarkę leśną, a nie eksploatację lasów, przeprowadzić modernizację pałacu naszego domu rodzinnego, budować kościół w Rytrze jako votum za urodzenie syna Józefa i dopomóc w założeniu parafii i kościoła rzymskokatolickiego w Łabowej, gdzie była liczna kolonia polska, a dotąd istniała tylko cerkiew unicka, co ułatwiało zruszczenie Polaków.
Przejąwszy majątek, hrabia pozbawił Żydów prawa propinacji i dzierżawy karczem w swoim majątku, likwidując je: w Nawojowej, Wysokiem, Łęgu, Maciejowej, Nowej Wsi, Margoniu. Pozostała tylko karczma Freyów w Łabowej, ale murowany budynek po destylarni wódki przekazał na polską szkołę.

Zarządzanie majątkiem
Po przejęciu zarządu nad majątkiem w Nawojowej i Frainie Adam Stadnicki starał się wzorowo gospodarować i sumiennie wypełniać swoje obowiązki. Jego aktywne życie pełne jest obowiązków zajęć, zresztą i rozrywek, miałem dosyć i czasu nie traciłem.  
We Wspomnieniach dokonuje podsumowania i oceny swojego dorobku życiowego. Wyliczę tylko niektóre z jego dokonań: zakup lasów ryterskich, lasów szczawnickich, Zakładu Zdrojowego w Szczawnicy, zakup lub budowa dziewięciu willi w Szczawnicy, budowa willi nad morzem, remont, rozbudowa i modernizacja zamku w Nawojowej, budowa tartaku w Nawojowej oraz domu administratora majątku, domu zarządcy oraz Kohutówki, nabycie lub budowa 19 gajówek, domu mieszkalnego dla urzędników w Rytrze, budowa kościoła w Rytrze, pomoc przy budowie kościoła i plebani w Łabowej, przekazanie budynków i parcel na szkoły (Łabowa, Wysokie, Homrzyska), założenie rezerwatów leśnych, nabywanie enklaw leśnych drogą zamiany gruntów, przekazanie ok. 50 morgów ziemi w Łabowej polskim ochotnikom w wojnie z bolszewikami, budowa bacówki, drenaż części pól uprawnych w Nawojowej, zaprowadzenie hodowli zarodowej bydła rasy polskiej czerwonej, owiec karakułów, trzody chlewnej rasy westfalskiej, budowa czworaków w Nawojowej i Brzeznej. Z pewnością nie wymieniłam wszystkich dokonań z 40-letniego prawie gospodarowania Adama Stadnickiego w swoich dobrach. Pracowite i długie życie nie było pozbawione trosk i kłopotów, szczególnie po zakupie Szczawnicy, która wymagała ogromnych nakładów. Kupił ją, aby uratować przed obcymi nabywcami. Podobnymi patriotyczno-idealistycznymi pobudkami kierował się przy zakupie lasów ryterskich (wykupienie z rąk pruskich) czy szczawnickich (od węgierskich Żydów), aby je uchronić przed rabunkowym niszczeniem. Kłopoty z Zakładem Zdrojowym w Szczawnicy wynikały z braku pomocy ze strony państwa, która wiązała się z poprawą infrastruktury uzdrowiska (drogi, mosty). Ocenia zakup Zakładu Zdrojowego jako swój największy błąd życiowy. Stwierdził z goryczą, że zawiść i zakłamanie zawsze panowały i szkodziły prawdziwej pracy i inicjatywie.

Sprawy osobiste
We wspomnieniach i cyklicznej nieco narracji z licznymi powtórzeniami pojawia się ogromna ilość nazwisk osób z rodziny bliższej i dalszej, a także przyjaciół, znajomych, gości odwiedzających jego rodowe posiadłości we Frainie (Vranovie) i w Nawojowej. Stadniccy z Nawojowej byli spokrewnieni ze znacznymi polskimi rodami: Sapiehami, Sanguszkami, Mańkowskimi, Woronieckimi, Czartoryskimi, Żółtowskimi, Zamoyskimi, Krasińskimi, Tyszkiewiczami, Borkowskimi, Brzozowskimi.
Adam Stadnicki po śmierci ojca Edwarda, który zmarł na gruźlicę w wieku 29 lat, wychowywany był w rodzinie matki u dziadka Adama Sapiehy w Krasiczynie. Jego prawnymi opiekunami aż do uzyskania pełnoletniości był wuj Władysław Sapieha z Krasiczyna oraz stryj Stanisław Stadnicki z Krysowic. Osobne rozważania na temat Krasiczyna i dziadka Sapiehy świadczą o uwielbieniu i wielkim przywiązaniu do niego. Na zamku w Krasiczynie bywał ks. dr Mikołaj Małyniak pochodzący z Kamiannej, ceniony bardzo przez dziadzia Sapiehę.

Dużo miejsca zajmują we wspomnieniach najbliżsi członkowie rodziny. Najwięcej uwagi poświęca starszym generacjom, wychodząc zapewne z założenia, że trzeba o nich mówić, pisać, by młodsze pokolenia zachowały o nich pamięć. Dotyczy to przede wszystkim swoich dziadków ze strony ojca i matki, których dobrze znał, a także dziadków swojej żony Stefanii z Woronieckich. Wspomnienia o nich nasycone są nostalgią i po części goryczą. Groby jego dziadków zostały zbezczeszczone podczas wojen. Jego uwielbiany dziadek Sapieha z Krasiczyna zmarł w 1903 r., pochowany został w podziemiach kaplicy zamkowej, jego zwłoki zbezcześcili sowieccy żołnierze w 1941 r. Podobnie było z dziadkiem Edwardem Stadnickim zmarłym w 1902 r. Po jego śmierci we Frainie syn Stanisław przewiózł jego zwłoki do Charzewic koło Krysowic. Podczas I wojny Edward Stadnicki wyrzucony został z metalowej trumny, która była zabrana dla jakiegoś rosyjskiego generała poległego w 1915 pod Przemyślem. Emeryk Mańkowski z Borówki dziadek Stefanii Stadnickiej, został zamordowany przez sowieckich żołnierzy w 1917 r.

We Frainie mieszkał dziadek Edward Stadnicki z babką Ludgarda z Mniszchów. Pałac został dokładnie opisany, pamięć Stadnickiego przechowała szczegóły tej wspaniałej rezydencji, będącej dzisiaj własnością państwa czeskiego. Babka Ludgarda, zwana Ludką, była dziwaczką i taka zapisała się we wspomnieniach wnuka Adama. Zanudzała dziadka i służbę, chodziła ciągle w berlaczach, była niskiego wzrostu, chodziła przygarbiona, nie jadała ze wszystkimi przy stole, ale odgrzewane potrawy jadała sama w pokojach. Miała świetną pamięć, znała na pamięć Pana Tadeusza, opowiadała anegdoty i różne historie rodzinne. Rano przychodziła się przywitać i opowiadała, ile złapała pcheł, itp. Prócz innych dziwactw było to, że nie pozwalała się fotografować i malować. Wyjątkiem był jeden portret konny pędzla Juliusza Kossaka. Ludgarda Mniszech zmarła w Wiedniu w 1911 r., pochowana z mężem w Charzewicach koło Krysowic. O jej dziwactwach pisał również Henryk Sienkiewicz, który spędził we Frainie Wielkanoc w 1892 r., przyjeżdżając z Kaltenleutgeben, gdzie często przebywał na kuracji:

Dziś wróciłem z Frainu, gdzie spędziłem święta i poznałem największego cudaka i koczkodana, jakiego w życiu widziałem – w osobie pani Stadnickiej. Jest to zupełna waryjatka, okropnie dla rodziny uciążliwa. Jakoś rozstaliśmy się nieźle – i nawet zaprosiła mnie do Nawojowej na lato, zaręczając mi, że to blisko Iwonicza. Strach, do czego kobieta może dojść, jeżeli folguje sobie i jeśli jej folgują.

Adam Stadnicki odbył wiele podróży po Europie, odwiedzał domy licznej rodziny na Kresach, bywał na zjazdach rodzinnych, ślubach, pogrzebach, w Wiedniu na audiencji u cesarza z okazji jubileuszu 60-lecia panowania cesarza Franciszka Józefa oraz na polowaniach, na które był zapraszany przez znamienitych krewnych i przyjaciół nieraz z dość odległych stron. Zresztą na dobre polowanie nigdy nie było za daleko.

Łowiectwo, lasy
Łowiectwo i lasy były jedną z wielkich pasji Adama Stadnickiego. Hrabia urządzał corocznie polowania na dziki w lasach ryterskich lub nawojowskich, a także we Frainie na Morawach.  Zapraszany bywał i polował z najznakomitszymi myśliwymi tamtych czasów: w ordynacji Poturzyckiej u Dzieduszyckich, w Spuszy u Eustachego Sapiehy, w Siedliskach u wuja Pawła Sapiehy, w Bilczu, Krasiczynie, Oleszycach, Biłce, Bałtowie, Lesku, Bachurcu, Balicach, Stratyniu, Dzikowie, Zarzeczu, Kobielach Wielkich, Bielicach, Radziejowicach, Trzebieniu, Mańkiewiczach (na łosie), Borówce, Sainkach, Sokołówce. Upodobanie do lasów i łowów zaszczepił w nim po części dziadek Edward z Frainu, pokazując mu najpiękniejsze zakątki leśne i pozwalając mu chodzić na jelenie. To we Frainie, już po maturze, zabił w lasach dziadka swojego pierwszego jelenia. Pierwszego głuszca natomiast – w Sławucie w 1890 r. u wuja Romana Sanguszki. Pasje leśne i łowieckie pogłębiły się na studiach leśnych podjętych w Monachium, głównie dzięki wykładom i osobistym wskazówkom prof. Henryka Mayra.

Jazdy do lasów, przeważnie konno, i chodzenie po nich stanowiło dla mnie rewelację. Odkrywałem wspaniałe drzewostany, w znacznej części pierwotne, nietykane ręką ludzką o kilkusetletnich jodłach, bukach i świerkach. Zamiłowanie do lasów, a zwłaszcza do tych lasów miałem we krwi, z tradycji, a po części wskutek wspaniałych wykładów prof. Mayra z Monachium, jeszcze się we mnie spotęgowało tak, że przebywanie w nich, wzorowe zagospodarowanie, przy zachowaniu niektórych obiektów dla potomności, jako pomników przyrody „rezerwatów”, było dla mnie największą rozkoszą.

Odtąd lasy były pod jego szczególną opieką, dbał o nie i chronił ich najpiękniejsze kompleksy. Wszelkie inwestycje leśne, zakładanie rezerwatów, wykupywanie enklaw leśnych, zakładanie bacówek czynione było z myślą, że będą trwały ze sto lat. Nawet w najśmielszych przypuszczeniach nie myślał o zniszczeniu ziemiaństwa w powojennej Polsce. Podsumowując swoje życie, snuł we Wspomnieniach rozważania nad praworządnością i sprawiedliwością społeczną, która „nagrodziła” jego twórczą mozolną pracę przez długie lata miesięczną rentą w wysokości 500 zł miesięcznie od 1960 r. Państwo za to zabrało mu: 8900 ha lasów z trzema tartakami, 22 gajówkami, dwoma nadleśnictwami i całym szeregiem budynków administracyjnych.

Celina Cempa