Jacek Zygadlewicz, Eugeniusz Ziller ps. „Wyrwa” (1900-1958)
Pięć lat temu, we wrześniu 2020 roku, pani Celina Cempa opublikowała biogram pochodzącego z Nowego Sącza leśniczego Kazimierza Zająca → tutaj, który mieszkał w Łabowej. Jego kolegą był mieszkający we Frycowej leśniczy Eugeniusz Ziller (czyt. Ciler). Panowie z pewnością się przyjaźnili, gdyż córka Kazimierza – Adela – była chrześnicą Marii Ziller, żony Eugeniusza. Obydwaj pracowali też dla hrabiego Adama Stadnickiego → tutaj. Poniżej przedstawiam fakty, do których udało mi się dotrzeć, aby przybliżyć ciekawą sylwetkę tego leśniczego.

Eugeniusz Ziller urodził się … no właśnie … w kennkarcie widnieje data 26 października 1900 roku, potwierdził też tę datę przy przesłuchaniu jako świadek na posterunku milicji w Nawojowej w 1950 roku, ale … na grobie na cmentarzu w Nawojowej widnieje data: 29 grudnia 1900 r … a na akcie zgonu – 17 października 1900 r. (!)
Podobnie jest z miejscem jego urodzenia. W kennkarcie wpisana jest wieś Korostów, natomiast w protokole przesłuchania w 1950 roku widnieje – Pohar.
Korostów to wieś na Ukrainie, w rejonie stryjskim obwodu lwowskiego, która w II Rzeczypospolitej do 1934 była samodzielną gminą, następnie należała do gminy Koziowa. Początkowo w powiecie skolskim, a następnie w powiecie stryjskim
w województwie stanisławowskim. Pohar również leży na Ukrainie, w rejonie stryjskim obwodu lwowskiego. Była to prywatna wieś szlachecka, położona w województwie ruskim, w 1739 roku należała do klucza Tuchla, będącego własnością Lubomirskich. W czasach II Rzeczypospolitej Pohar był samodzielną gminą. Potem należał do gminy Koziowa. Po wojnie obie wsie weszły w struktury administracyjne Związku Sowieckiego – włączono je do Ukraińskiej SRR.
Jednak wszystko rozstrzyga oryginalny akt urodzenia Eugeniusza. Wynika z niego, że Eugeniusz Ziller urodził się 26 października 1900 roku w Korostowie.
Ojcem Eugeniusza był Błażej Ziller, matką zaś Michalina z domu Bürger. Miał dwie siostry: Helenę ur. 6.06.1897 r. i Stefanię ur. 22.04.1903 r., obie przyszły na świat w Korostowie. Brat Władysław urodził się 14.05.1899 w miejscowości Świętosław.
Ojciec Eugeniusza, co odnotowane jest w aktach metrykalnych, w 1899 był strażnikiem leśnym. Potem awansował, gdyż w 1907 r. występuje już jako podleśniczy (gajowy) w Poharze, powiat Koziowa, gdzie pracował w prywatnych dobrach braci Alberta i Bernarda Groedelów.
O dzieciństwie i młodości Zillera niewiele wiadomo. W latach 1921-1922 odnotowani są z bratem Władysławem jako studenci mieszkający w Nowym Sączu. Prawdopodobnie ukończył Niższą Szkołę Leśną w Bolechowie.
Natomiast faktem jest, że został zatrudniony przed wojną w Nawojowej przez hrabiego Adama Stadnickiego, który wspominał:
lasy były moim umiłowaniem, dążyłem do ich wzorowego zagospodarowania, a że to bez rentowności jest niemożliwe, a rentowność lasów, zwłaszcza pierwotnych, górskich, niedostępnych, zależna jest od przyrostu, który zależny jest od obszaru, co znów stanowi o rocznej racjonalnej produkcji, przyroście, czyli o użytku, starałem się o wydatne powiększenie warsztatu pracy, by gospodarując racjonalnie mieć środki na życie, czego Nawojowa nie dawała, i możność wzorowego gospodarowania. To były cele mego życia. (…) współpracownikami moimi w gospodarstwie leśnym byli m.in. Konstanty Kowalczyk, późniejszy dyrektor Rytra, Piotr Mucha, nadleśniczy w Nawojowej, obaj absolwenci Lwowskiej Szkoły Lasowej, a także Paweł Mikos, Eugeniusz Ziller i Kazimierz Zając. Przekonałem się też, że nieraz ludzie bez akademickiego wykształcenia, ale rozumiejący las i chętnie stosujący się do fachowych wskazówek, są nieraz lepszym leśnikami niż wysoko o sobie mniemający inżynierowie, którym jednak brak zamiłowania i zrozumienia potrzeb lasu. Wiele można było nauczyć się od starych kochających las i umiejących nań patrzyć gajowych, którzy byli moimi bliskimi współopiekunami lasów i przyjaciółmi.
Z nawojowskiej „Kroniki Gminnej” założonej 1 kwietnia 1935 r. przez Mieczysława Twaroga, sekretarza gminy Nawojowa, dowiadujemy się, że Ziller był w tym czasie radnym i reprezentował Frycową.
Eugeniusz Ziller pełnił funkcję leśniczego także podczas wojny. Mieszkał we Frycowej. Helena Wiktor → tutaj opowiadała mi, że jako mała dziewczynka widywała go często, kiedy jeździł na koniu w otoczeniu dużej gromady psów, którym poświęcał każdą wolną chwilę.






W swoich „Wspomnieniach” Julian Zubek ps. „Tatar” → tu pisze, że Ziller był łącznikiem, wywiadowcą, a także udzielał gościny partyzantom AK z jego oddziału. Z kolei Adolf Cecur twierdzi, że Ziller ściśle współpracował z Józefem Stadnickim ps. „Madej” → tu , komendantem placówki AK „Narcyz” w Nawojowej.

Wstępując do Armii Krajowej, Eugeniusz złożył przysięgę:
W obliczu Boga Wszechmogącego i Najświętszej Marii Panny, Królowej Korony Polskiej, kładę swe ręce na ten Święty Krzyż, znak Męki i Zbawienia, i przysięgam być wiernym Ojczyźnie mej Rzeczpospolitej Polskiej, stać nieugięcie na straży Jej honoru i o wyzwolenie Jej z niewoli walczyć ze wszystkich sił – aż do ofiary życia mego. Prezydentowi Rzeczypospolitej Polskiej i rozkazom Naczelnego Wodza oraz wyznaczonemu przezeń Dowódcy Armii Krajowej będę bezwzględnie posłuszny, a tajemnicy niezłomnie dochowam, cokolwiek by mnie spotkać miało. Tak mi dopomóż Bóg!
Po złożeniu przysięgi otrzymał pseudonim „Wyrwa”. Ziller prawdopodobnie szkolił też przyszłych partyzantów w przysiółku Trzycierz w Nawojowej. Uczył ich m.in. strzelania.
Eugeniusz ożenił się z Marią z domu Knippel, nauczycielką pracującą w szkole w Maciejowej. W roku 1945 urodziła się im córka Jadwiga, która wyszła za Józefa Jankosia. Ich jedyną córką jest Grażyna, która z kolei wyszła za Józefa Mirka. Małżeństwo doczekało się trójki dzieci: Daniela, Izabeli i Zuzanny.


O działalności Eugeniusza Zillera w czasie wojny, jak już wspominałem, możemy przeczytać w książkach Juliana Zubka i Tadeusza Czecha. Ten ostatni tak wspominał akcję bojową podjętą po informacjach „Wyrwy”:
W połowie sierpnia 1944 roku leśniczy Ziller z Frycowej przesłał przez gajowego z Ostrej Józefa Gizę „Brzozę” wiadomość, że niemiecka straż leśna zapuszcza się daleko w las w jego rejonie, gdzie robotnicy ścinają i zwożą drzewo. Nagrano zatem akcję mającą na celu zdobycie broni i przepędzenie Niemców z lasu. Wyszliśmy nad ranem przed godziną 4-tą. Szliśmy chyba ze trzy godziny, nakładając drogi, żeby przed godziną 7-mą znaleźć się we Frycowej. Pewni siebie śpiewaliśmy sobie beztrosko, gdy przechodziliśmy przez Barnowiec i Homrzyska. Ludzie, którzy nas widzieli stali zdziwieni i milczący, ale uśmiechnięci. Zbliżyliśmy się ku szosie Nowy Sącz – Krynica. Obstawiliśmy drogę wiodącą do lasu. Leżeliśmy po lewej stronie krzaczków z czym kto mógł. Jedni mieli karabiny z bardzo małą ilością amunicji, inni „sidole” i pistolety. Wreszcie nadjechała na rowerach czołówka Forstschutzu (straży leśnej) w liczbie 10 -12 młodzików, a z tyłu w niewielkiej odległości było ich więcej. Był też komendant. Do niespodziewających się niczego młodych Niemców wyskoczył por. „Lawina” (Władysław Lewicki), wołając: – Halt ! Haende hoch ! Natychmiast też z naszej strony poszło dużo strzałów, od których kilku Niemców zostało zabitych, kilku rannych wraz z komendantem. Młodzi zaskoczeni przewracali się z rowerami do przydrożnego rowu, zresztą dość płytkiego, próbowali zdjąć z pleców karabiny, niektórzy zatrzymali się i od razu podnosili ręce. Najprzytomniejszy był komendant, widać otrzaskany w takich sytuacjach, gdyż rąk do górny nie podniósł tylko przewrócił się, upadł na drugą stronę fosy w krzaki, strzelił parę razy i coś krzyczał do młodych Forstschutzów. Był ranny, ale puścił w naszym kierunku serię z pistoletu maszynowego. Rozpoczęła się obopólna strzelanina, bo niektórzy doświadczeni Niemcy zaczęli strzelać do nas zza zasłon. Wyskoczyliśmy do Niemców leżących z wyciągniętymi rękami, odsuwającymi od siebie broń, a niektórzy mieli ją jeszcze na plecach. Ranny komendant starał się wyczołgać w kierunku nadchodzącej od strony Nawojowej grupy Niemców. Natknął się na „Ksawerego” (Jana Freislera), który pod groźbą zastrzelenia wymusił na nim wskazanie miejsca ukrycia broni. „Ksawery” zaraz przekazał zdobycznego „bergmana” (niemiecki lekki karabin maszynowy) „Wickowi”. Puściliśmy wszystkich Niemców prócz komendanta, którego rannego, rozebranego jak wszyscy Niemcy do koszuli i kaleson, prowadził pod pachy „Tatar” z „Lawiną”. Teraz mieliśmy sporo broni. Niemcy, nie znając naszej siły teraz jeszcze spotęgowanej zdobytą bronią, obawiali się następnej zasadzki.
„Tatar” z kolei wspominał:
Zaraz za zakrętem, zapadając się w grząskim śniegu, wpadliśmy w naddunajeckie wikliny i przez Poczekaj doszliśmy do spokrewnionego z; „Meszką” Józefa Borkowskiego, członka placówki „Świsłocz”, zamieszkałego w Starym Sączu przy ul. Szerokiej. Późną nocą po przejściu Popradu w bród znaleźliśmy schronienie nad kuźnią „Niedźwiedzia” i odpoczywaliśmy tam dwa dni. Przez niego otrzymałem od „Andrzeja” z Inspektoratu polecenie przekształcenia prowadzonej przeze mnie „turystycznej” szkoleniówki w oddział partyzancki. Oddział ten trzeba było jednak mobilizować niemal od początku, gdyż straciłem z nim kontakt na przeciąg prawie pół roku, nadto potrzebne było dla niego uzbrojenie. Ustaliliśmy wraz z „Sądeckim” (Janem Freislerem) kryptonim tego oddziału — „Świerk”, od lasów świerkowych, które miały być naszym partyzanckim schronieniem w Beskidzie Sądeckim. W tym czasie zastępca „Domiana” – „Niedźwiedź”, wykonując polecenie Inspektoratu, zakrzątnął się koło przygotowania zaplecza dla formującego się oddziału. Wraz z naszym współpracownikiem „Michałem” i przy pomocy leśniczego lasów hr. Adama Stadnickiego „Wyrwy” Eugeniusza Zillera z Frycowej, wyszukali bazy na miejsce postoju oddziału – w kompleksach leśnych na górze Margoń Wyżna oraz w domku myśliwskim szefa Baudienstu (Służby Budowlanej) w Nowym Sączu Lippkego. Domek ten znajdował się w Złotnem i nie używany był już od marca 1944 r. W początkowej fazie oddział posiadał 1 karabin belgijski o nietypowym kalibrze z dwoma nabojami, kilka pistoletów przyniesionych z Węgier z bardzo małą ilością naboi, kilka granatów zaczepnych i obronnych i 8—10 granatów „sidolek” (granat zaczepny R-42) konspiracyjnej roboty. Niestety broń krótka, gromadzona i przenoszona z Węgier przez współorganizatora oddziału „Świerk’’ kuriera Romana Stramkę i ukrywana przez niego w jemu tylko wiadomym miejscu, ze względu na aresztowanie go w Budapeszcie, nigdy już nie trafiła do oddziału. W tym stanie rzeczy pomoc w dozbrojeniu okazał nieoceniony leśniczy Eugeniusz Ziller, oddając własne dwa sztucery myśliwskie i wskazując gajowych, którym należało zabrać dubeltówki. Z tym uzbrojeniem dnia 19 czerwca wykonał „Ksawery” pierwszą akcję na mocno obunkrowany posterunek żandarmerii niemiecko-ukraińskiej w Łabowej. W dniu 13 lipca odbyła się koncentracja oddziału „Świerk” i oddziału „Zawiszą”, związana z zamierzonym w ramach akcji „Burza” wykolejeniem pociągu w tunelu w Kamionce. Plan przewidywał opanowanie stacji w Ptaszkowej oraz pociągu, który po wprowadzeniu do tunelu miał być wykolejony. W tym celu „Niedźwiedź” z dopiero co przybyłym z ostatniego kurierskiego rajdu z Budapesztu „Żarem”, przydźwigali z Nowego Sącza czterdziestokilogramową wykolejnicę, wykonaną przez „Niedźwiedzia” w kuźni jego ojca. Na nic jednak zdały się przygotowania, gdyż przybyły wraz z „Wyrwą” do Złotnego szef Oddziału I Inspektoratu por. Wojciech Lipczewski odwołał tę akcję.
Nadleśnictwo w Nawojowej otrzymało polecenie organizowania cotygodniowych zebrań gajowych, którzy mieli relacjonować o pobycie „bandytów leśnych” w ich rejonach i pomóc w ten sposób w wyśledzeniu partyzanckiego gniazda. (…) gajowi nie dostarczali jednak żądanych informacji. Od czasu zasadzki w Homrzyskach, nagranej przez gajowego „Brzozę”, nie przychodził on na te zebrania i obawiając się aresztowania, ukrywał się wraz z leśniczym „Wyrwą” w lesie. W czasie kontaktów z gajowymi „Brzoza” został ostrzeżony o niebezpieczeństwie grożącym mieszkańcom gajówki na Ostrej i szykowanej tam obławie.
Do obozu na Turbaczu przybył leśniczy lasów hr. Stadnickiego „Wyrwa” i zameldował, że żandarmeria niemiecka z Łabowej wyjechała, opuszczając posterunek. Pozostawiono tam jedynie ukraińską załogę — około 12 żandarmów. Po naradzie z „Ksawerym”, „Michałem” i „Lisem” postanowiliśmy po raz trzeci podjąć próbę opanowania posterunku. Przegląd posiadanej amunicji wykazał jej opłakany stan. Na 140 żołnierzy kompanii mieliśmy około 100 sztuk, w tym prawie połowa zamokniętych niewypałów. Mimo to wyszliśmy przed wieczorem na tę akcję, licząc, że może po drodze uda się nam w Uhryniu lub w Łosiu wyłowić ukraińskich skrytostrzelców i zdobyć informacje o miejscu ukrycia magazynu broni i amunicji. Zeszliśmy cicho do wsi i zaczęliśmy rewizję po domach. Ludność łemkowska nie przejawiała jednak chęci ujawnienia członków zukrainizowanej organizacji „Kruk” i zapewniała nas, że w ich wsi nie ma ani jednego, człowieka, który posiadałby broń. Rzeczywiście, poszukiwania broni i amunicji nie przyniosły rezultatu. Odeszliśmy stamtąd i posuwaliśmy się dalej doliną w kierunku szosy Nowy Sącz-Krynica do celu naszej wyprawy. Nie wierzyłem już w jej powodzenie, ale niedaleko posterunku w Łabowej zatrzymałem oddział i wydzieliłem z niego 20-osobową grupę pod dowództwem „Hansa”. Zaopatrzona w naboje odebrane innym partyzantom miała skrycie wejść w obręb posterunku, a po zlikwidowaniu wartowników, wedrzeć się do budynku i zaskoczyć zaspaną i zdezorientowaną załogę. Inni, nie posiadający amunicji partyzanci wzięli w ręce kamienie, żeby obrzucić nimi zakratowane okna i wprowadzić zamieszanie wśród żandarmów. W głębokim milczeniu podeszliśmy jeszcze kilkadziesiąt kroków w kierunku posterunku, gdy znienacka rozdzwonił się w tej ciszy jak dzwon na trwogę… budzik, zwyczajny budzik, który podczas rewizji w Uhryniu przykleił się do rąk „Strażaka”. Zaalarmowany w ten sposób wartownik strzałem dał znać o niebezpieczeństwie, zaraz też przez szparę w zaciemnieniu okna błysnęło światło; to żandarmi przygotowywali się do obrony. Komizm sytuacji — wszak zdrajcą okazał się martwy przedmiot budzik – ale i obawa przed utratą ludzi ostudziły nasze zapały. Akcje odwołałem i wycofaliśmy się do Uhrynia.

Okres powojenny był dla Zillerów bardzo trudny. Najpierw Eugeniusz stracił pracę, gdyż całą rodzinę Stadnickich wysiedlono z Nawojowej, a majątek upaństwowiono. Adam Stadnicki pisał z goryczą:
Kupiłem w Szczawnicy wille: „Litwinkę”, „Warszawiankę”, „Helenę”, „Janinę”, „Ukrainkę”, „Danusię”, „Połoniny”, gdzie założyłem nowy park. W latach 1904–1906 zbudowałem „Inhalatorium” oraz „Modrzewie”. W latach 1906–1907 postawiłem tartak w Nawojowej oraz „Zarządówkę” i willę „Kohutówkę”. W latach 1928–1930 wybudowałem dom ludowy w Piwnicznej, dom administratora znajdujący się przy wjeździe do folwarku. Wybudowałem lub nabyłem 19 gajówek, w tym schroniska na „Młakach” i w Kryszczowie oraz dom mieszkalny dla urzędników w Rytrze, na stoku naprzeciwko stacji kolejowej. Postawiłem w Rytrze kościół i darowałem 11 ha lasu oraz grunt pod plebanię; w Barcicach dom parafialny z salą na zebrania; w Łabowej grunt i materiał na budowę kościoła i plebanii. Koszty pokryło Towarzystwo Szkoły Ludowej w Nowym Sączu. Darowałem na szkołę budynek destylarni w rynku w Łabowej. Podarowałem grunt pod szkoły w Nawojowej i Homrzyskach, nadto dodałem materiały budowlane i drzewne na obie szkoły. Na Wysokiem karczmę zamieniłem na szkołę. W Szczawnicy „na Sewerynówce” darowałem Związkowi Nauczycielstwa Polskiego parcelę i materiał budowlany na dom wypoczynkowy, który powstał około 1920 r. A ja za cały majątek leśny, czyli 8900 ha z trzema tartakami, 22 gajówkami, czterema leśniczówkami, dwoma nadleśnictwami i całym szeregiem budynków administracyjnych otrzymuję rentę po 500 zł miesięcznie, i to od 1 I 1960 r.; gdyż do tego czasu dostawałem po 102 zł miesięcznie. Gdzie jest praworządność i sprawiedliwość???
Rodzinę Zillerów wyrzucono z domu w Frycowej. Zaoferowano im mieszkanie w starej ruskiej plebanii w Maciejowej. Dom ten był w całkowitej ruinie, a w oknach nawet nie było szyb.
Eugeniusz bezpowrotnie stracił posadę leśniczego, po dłuższym czasie otrzymał posadę nauczyciela.
Gdy w PRL w 1956 r. nastąpiła fala „odwilży”, a komunizm nieco złagodniał, „Wiadomości Sądeckie” donosiły:
pisaliśmy o złej sytuacji w Spółdzielni Produkcyjnej w Maciejowej. Spółdzielcy powiedzieli krytycznie i szczerze, dlaczego ich gospodarstwo źle działało. Głosy spółdzielców pozwoliły na postawieniu szeregu wniosków, których realizacja przyniosła gruntowną zmianę w działalności Spółdzielni. Członkowie wybrali nowego przewodniczącego, którym został obywatel Eugeniusz Ziller, oddany całym sercem sprawie Spółdzielni, znający się na rolnictwie i prowadzeniu gospodarstwa zespołowego.
Dwa lata później Eugeniusz zmarł. Miał 58 lat. Pochowany został na cmentarzu w Nawojowej. Maria przeżyła go o 30 lat i jest pochowana razem z nim.

„Wyrwę” upamiętniono na dwóch tablicach pamiątkowych. Pierwsza z nich znajduje się w Szkole Podstawowej im. św. Kingi w Maciejowej, i dotyczy jego udziału w walce z niemieckim okupantem. Jest też upamiętniony na tablicy w Nawojowej i wymieniony wśród … członków Polskiej Podziemnej Armii Niepodległościowej, największej antykomunistycznej organizacji na Sądecczyźnie założonej przez leśnika Stanisława Piórę ps. „Emir”, „Mohort”.
Jak widać nawet po śmierci wokół „Wyrwy” działy się różne tajemnicze sprawy …
Bibliografia
1. Adolf Cecur, Śladami historii pomników walki i męczeństwa,
Nawojowa 2004,
2. Tadeusz L. Czech „Wicek”, Tym groźniejszy, że zdecydowany zginąć, Stary Sącz 1989,
3. Janusz Orczykowski, I znów o Maciejowej, Wiadomości Sądeckie,
lipiec 1956 r.,
4. Adam Stadnicki, Wspomnienia, Biblioteka Rocznika Sądeckiego,
Nowy Sącz 2015,
5. Julian Zubek „Tatar”, Ze wspomnień kuriera, Wydawnictwo Literackie, Kraków 1988,
6. Zbiory Marii i Eugeniusza Zillerów w posiadaniu wnuczki Grażyny Mirek,
7. Zbiory Celiny Cempy,
8. Zbiory własne autora.
0 komentarzy